Instamatki, kim one w ogóle są?

Czy potrafimy cieszyć się życiem? Bez zbędnych analiz, komentarzy czy udowadniania?

Jesteś najbardziej pozytywną osobą, jaką spotkałem w swoim życiu – powiedział mi wczoraj mój mąż, kiedy jak co wieczór tańczyłam z moim Natkiem i wygłupiałam się przy tym tak, że zapewne całe osiedle mnie słyszało. Jestem po prostu takim typem człowieka. Rzadko kiedy mam tak zwane doły, ale jak już mam gorszy dzień, to jest to niewyobrażalna dla mnie tragedia życiowa i porażka sięgająca takiego dna, że lament i rozpacz,  jakie mi towarzyszą bywają aż karykaturalnie śmieszne. Tony chusteczek walają się po pokoju, ja płaczę rzewnymi łzami i dramatyzuję tak spektakularnie, że nie sposób tego nie zauważyć. Mój mąż zazwyczaj wie, że taki wieczór trzeba po prostu przeczekać, bo następnego dnia moja siła i motywacja do działania wracają ze zdwojoną mocą. Znacznie częściej gorsze dni miewa mój mąż, który przejmuje się zazwyczaj tym, że albo ubezpieczenie na samochód podrożało, albo też w tym miesiącu mieliśmy inny niespodziewany wydatek. Dla mnie natomiast takie rzeczy nie są aż tak istotne, bo zawsze wychodzę z założenia, że samym gadaniem i narzekaniem nic się nie zdziała. Należy zatem zakasać rękawy i jeśli czegoś brakuje, trzeba zrobić tak, żeby nadrobić tę stratę. I tak też zazwyczaj bywa,  że z finansowych frustracji mojego męża ratuję go ja. Do czego ja właściwie zmierzam zamieszczając w tym tekście takie porównanie? Otóż to tego, że nic nie jest dane nikomu z góry i na każdy efekt musimy sobie samemu ciężko zapracować.  Bez zbędnego gadania.

Dosyć rzadko wypowiadam się w pewnych kwestiach, a to dlatego że nie mam na to ani ochoty ani też czasu. Natomiast ostatnio bliżej przyjrzałam się pewnej grupie społecznej, jaką są instamatki i do której także się zaliczam. Na początku pragnę zaznaczyć to, że w większości instamatki to przemiłe i przesympatyczne kobiety, które mają wspaniałe dzieci, cudowne rodziny i świetnie poukładane życie. Najbardziej uwielbiam te, które po prostu cieszą się tym, co zdołały osiągnąć bez zbędnej napinki, spiny czy presji. I bez udowadniania czegokolwiek.

Wokół instamatek pojawia się coraz więcej szumu i takiej otoczki, że powoli zaczyna mnie to męczyć. Zauważyłam dwie tendencje. Pierwsza to taka, że pojawia się typ matki zazwyczaj w pierwszych miesiącach po urodzeniu dziecka, który jest w stanie góry przenosić. Mama wyzwolona, szczęśliwa, piękna, spełniona, zadbana i mająca czas na wszystko włączając w to piękne, kolorowe zdjęcia sielankowej rodziny z idealnymi dziećmi i aranżacjami wnętrz oraz zawsze perfekcyjnie ułożonym śniadaniem do łóżka. Po niedługim czasie ten sam typ matki przekształca się w tak zwaną matkę utrudzoną macierzyństwem. Zazwyczaj po roku może po półtorej zdjęcia nie są już takie kolorowe, czasami bywają rozmazane i zrobione niby to niedbale, matki te przekonują, że są przecież zwykłymi kobietami, mającymi prawo do słabości i gorszych dni. Co więcej nie mają już czasu na makijaż, zajęcie się sobą i własnymi sprawami. Takie popadanie ze skrajności w skrajność bądź zmieniona strategia marketingowa.  Ok – rozumiem wszystko. Ale zadaję sobie pewne pytanie. O jakich my – młode mamy – trudach macierzyństwa możemy mówić po zaledwie ponad rocznej przygodzie związanej z naszymi maluchami? Możemy wypowiadać się na temat naszych początków z niemowlakiem w domu, zapewne u każdej z nas nie było lekko. Nieprzespane noce, tak tego również wszystkie doświadczyłyśmy. Pierwsze choroby naszego dziecka, wszystkie drżałyśmy na pierwszy katar czy gorączkę. Ale to jest dopiero pewien naprawdę niewielki skrawek macierzyństwa, z którym będziemy musiały się zmierzyć w całości. Co my do cholery teraz możemy wiedzieć o wychowywaniu dzieci dając jednocześnie sobie przyzwolenie do bycia już na tym poziomie ekspertem we wszystkich możliwych dziedzinach. Instamatki mają niestety tą przypadłość wyolbrzymiania pewnych kwestii do granic absurdu. Wieczne wałkowanie tego, czy powinno się karmić piersią czy z butelki. Dla mnie osobiście karmienie piersią było mega ważne, ale znacznie ważniejsze jest to, aby dziecko po prostu się najadło. Milion właściwych i niewłaściwych sposobów usypiania dziecka. Moim zdaniem kluczem do sukcesu jest to, aby po prostu zasnęło. Tony pytań, czy przykrywam dziecko w zimie kocykiem czy też wolę używać śpiworka. Szczerze? Totalnie nie interesuje mnie to, jakiej formy przykrycia użyję. Moim celem jest tylko i wyłącznie to, aby dziecku było ciepło. Czasami wręcz mam wrażenie, że mamy, które angażują się w tak długie i monotonne spory, mają po prostu za dużo wolnego czasu. Bo mi osobiście trudno jest napisać jedną dłuższą wypowiedź, z tego względu, że mam ręce pełne roboty. Przy jednoczesnym szacunku do Was staram się mimo wszystko mieć z Wami kontakt, bo poznałam tu naprawdę cudowne kobiety.

Ale nie to jest jeszcze w tym wszystkim najbardziej irytujące. Mimo, że sama nie mam jakiejś potrzeby brania udziału w zaciętych dyskusjach o macierzyństwie i pouczania drugiej mamy na temat tego, co dla jej dziecka jest najważniejsze, to jednak jestem w stanie zrozumieć potrzebę przekazania drugiej kobiecie pewnej wiedzy, którą się posiada bądź też konstruktywnej krytyki. Znacznie bardziej nie mogę zrozumieć wyzłośliwiania się na temat tego, że jedne matki mają czas na to, aby się pomalować, zadbać o siebie czy też fajnie ubrać, a inne nie. Bo przecież przy małym dziecku jest to wręcz niemożliwe. No i teraz zaczyna się udowadnianie, że matka to też kobieta, że ma prawo też zadbać o siebie, że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko i tak dalej. Jednym słowem pokazywanie na siłę i udowadnianie, że po trudach związanych z okresem ciąży, wczesnym macierzyństwem przyszła w końcu kolej na mnie. Dla mnie jest to nieco dziwne, choć niewątpliwie zrozumiałe. Ja po prostu będąc w ciąży, stając się później młodą mamą, nigdy nie przestałam czuć się kobietą. A kwestia dbania o siebie to nie jest kwestia czasu. Jestem po prostu typem kobiety, która w każdej sytuacji chce i lubi czuć się dobrze. I nie muszę nikomu udowadniać na siłę, że jestem tak super babką, bo mam czas się po prostu pomalować. Do cholery to jest tak łatwa czynność, że zamiast poświęcić swój czas na złośliwy komentarz jakoby to niektóre mamy mają tak wiele czasu, że nic innego nie robią tylko myślą o sobie, to odłóż po prostu ten telefon i idź do łazienki pomalować rzęsy. Popatrz jakie to proste! To nie jest wielki wyczyn i naprawdę aż wstyd mi o takich pierdołach pisać, ale zauważyłam, że są kobiety, które mają z tym problem.

Kolejna  kwestia to nieustanne udowadnianie prawa do gorszych dni. Sama nawet kiedyś napisałam taki post, który obecnie teraz mnie irytuje. Nie miałam w nim wprawdzie na myśli codziennego wałkowania swoich gorszych dni, bo zdarzają się one tak jak wspomniałam we wstępnie dosyć rzadko. Byłam na etapie gloryfikowania siebie ponad wszystko. A to za to, że urodziłam dziecko, a to za to, że poświęcam się w pełni na jego wychowanie, a to za to, że zrezygnowałam z większości przyjemności właśnie dla niego. Jakaż to ja cierpiętnica wtedy byłam to głowa mała. Być może spotkałam się z pierwszym etapem macierzyństwa, w którym wydawało mi się, że wszystko mi się należy i na wszystko mam przyzwolenie, bo oto ja urodziłam niedawno dziecko. Owszem urodziłam, owszem jest to dla mnie niewątpliwy cud i mega osiągnięcie, ale obecnie chyba zeszły mi już klapki z oczu i zaczęłam dostrzegać fakt, że dzieci rodziły się od zarania dziejów a matek wokół mnie są miliony. Chyba doszłam do takiego etapu,  że przestałam gloryfikować fakt urodzenia dziecka i tłumaczyć tym różne kwestie, a zaczęłam po prostu żyć. Jak każdy inny człowiek, nie tylko rodzic. Chciałabym nieco odczarować macierzyństwo pojmowane przez wielkie M. Nie muszę sobie już udowadniać, że mam prawo do gorszych dni, bo do cholery każdy człowiek ma do tego prawo. A gorsze dni i kwestia zmęczenia dotyczą wszystkich, nie tylko rodziców. Kiedyś byłam zmęczona, bo w pracy spadało na mnie za wiele obowiązków, obecnie jestem zmęczona, bo małe dziecko czasami daje mi w kość. Jak moje dziecko dorośnie zapewne będę zmęczona czymś innym. Zawsze znajdzie się powód do zmęczenia. Ale skoro już jestem zmęczona to nie mam też siły do dyskusji na temat tego zmęczenia. Zamiast przekomarzać się z drugą mamą na temat tego, która dziś jest zmęczona mocniej, wolę ten czas poświęcić na odpoczynek. Jeszcze niedawno miałam takie dni, kiedy Natan nie przesypiał nocy z powodu ząbkowania, że narzekałam, marudziłam i nieustannie zwalałam wszystko na fakt strudzenia z powodu dziecka. Za to w tych chwilach bardzo pomagał mi mój mąż, u którego nigdy ale to przenigdy w nocy nie usłyszałam choć słowa żalu czy zdenerwowania. Wstawał, brał dziecko na ręce, nosił przez kilka godzin po czym nad ranem szedł do pracy. Pomyślałam sobie, skoro on nie usprawiedliwia swojego zmęczenia właśnie tym, a co więcej nigdy nawet nie dał mi odczuć, że coś go męczy, to ja powinnam się chyba trochę nad sobą zastanowić. Najwyższa pora już wyjść z tych ram bycia matką przez wielkie M, nadszedł czas, żeby zacząć żyć i żeby zaakceptować to życie w pełni. Sama je sobie wybrałam, sama je sobie ukształtowałam, a za „trudami macierzyństwa” jeszcze zatęsknię! Baa… Ja już tęsknię… Bo jak mogę narzekać i frustrować się z powodu największego szczęścia jakie mnie spotkało? Wymarzyłam sobie tego syna, długo o niego walczyłam i jedna, dwie, czy kilkanaście nieprzespanych nocy nie usprawiedliwiają mnie do niczego.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że niektóre instamatki mają bardzo dużo czasu na gadanie, użalanie się nad sobą, wypisywanie dziwnych treści, wylewanie swoich frustracji, a nie poświęcają tego czasu, który mogłyby, na niwelowanie swoich problemów. Piszesz, że jesteś po ciąży gruba, ale mimo to dałaś sobie i światu największy dar jakim jest dziecko i to jest dla Ciebie najważniejsze. I to prawda, bez wątpienia dziecko jest najważniejsze, to nie ulega żadnej wątpliwości. Jednocześnie patrzysz na inne szczupłe mamy i nie omieszkasz czasami napisać zgryźliwy komentarz. Taki komentarz, a co więcej dalsza dyskusja to dobre kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt minut. Czy nie lepiej w tym czasie iść i zrobić brzuszki? Samo nic się nie zrobi… Piszesz, że znowu chcesz poczuć się kobietą, piękną i zadbaną, a zadaj sobie pytanie, kiedy i dlaczego przestałaś nią być? A jeśli już tak się stało, że gdzieś w tym wszystkim pogubiłaś się i zatraciłaś siebie, idź i siebie odnajdź.  Samo się nie zrobi… Piszesz, że masz już dosyć swojego dziecka, że nie masz do niego siły ani cierpliwości. Pewnie, że masz takie prawo. Żadna matka nie jest cyborgiem zaprogramowanym na działania. Ale czy musisz się z tego tłumaczyć? Czy musisz cokolwiek udowadniać?  Czy musisz analizować postępowanie innych mam? Czy musisz być wszechwiedząca? Ja wiem jedno. Nasza decyzja o chęci posiadania dziecka była w pełni świadoma i jak najbardziej liczyłam się z wszelkimi konsekwencjami.  Ale jednocześnie moje doświadczenie macierzyństwa jest tak krótkie, ze nie przyznaję sobie prawa do wymądrzania się na różne kwestie. Wiem też, że moje dziecko żyje w fajnym domu, ma miłość, która go otacza z każdej strony, ma co jeść, ma w co się ubrać, a ja dokładam wszelkich starań, żeby jego dzieciństwo było udane i poświęcam mu bardzo dużo czasu. Bo znacznie bardziej wolę poświęcić swój czas na zabawę z dzieckiem niż na wypisywanie durnot na instagramie drugiej kobiecie – mamie.

Udowadniasz, że też jesteś człowiekiem i też masz prawo do słabości. A kiedy właściwie przestałaś nim być i kto Ci takie prawo odebrał?

Przestańmy się w końcu tłumaczyć ze wszystkiego. Szkoda czasu. Czas jest zbyt cenny, żeby marnować go na zbędne dyskusje, złośliwości, zazdrość, frustracje. Nie musi na siłę każdy nas lubić, nie musi każdy nas podziwiać, nie musi też każdy nas akceptować. Nie bądźmy kolejną kopią kogoś tam… Bądźmy po prostu sobą i nie tłumaczmy się rzeczy tak prostych, że aż oczywistych.

Ostatnio mówi się o zawodzie instamatki, co strasznie mnie bawi. Bo jeśli ktoś myśli, że bycie instamatką to przepis na sukces i na dobre finanse to raczej jest w błędzie. No chyba, że będzie permanentnie matką przez większość swojego życia, a w dobie wszechobecnego w sieci ekshibicjonizmu wystawi na sprzedaż nawet resztki swojej prywatności. Dlatego bardzo mnie dziwią mamy, które z posiadania konta na instagramie robią swój zawód nie mając jednocześnie żadnego innego zatrudnienia lub pomysłu na życie. Bo ileż taki „zawód” może potrwać? Jednak fajne i godziwe życie można sobie zapewnić tylko i wyłącznie poprzez ciężką pracę, a nie liczenie na to, że wszystko spadnie nam z nieba. Instamatka to nie zawód. Pamiętajcie o tym. Matka to rola życiowa, na którą się decydujemy lub nie. Instamatka to głupi wymysł mediów. Zawód zaś to coś, co przynosi nam zarobek. Nie na krótką chwilę.

Dla mnie instagram to dodatek. Ten dodatek pojawił się przy okazji urodzenia małego dziecka, po tym jak już miałam zakupioną całą wyprawkę, wszystkie ubranka czy zabawki. Stał się on też motywacją do założenia bloga i robienia tego, co kocham. A pisać naprawdę kocham. Instagram to dodatek miły, przyjemny, lubię go, ale jestem z natury osobą twardo stąpającą po ziemi. I zdaję sobie sprawę z tego, że w końcu ten dodatek się ukróci. A jeśli też chcesz mieć taki dodatek do swojego życia to przestań zbędnie gadać, tylko załóż sobie konto, rób piękne zdjęcia, porwij innych swoją osobowością, a też osiągniesz pewien „sukces”. Jednak to również wymaga pracy i konsekwencji, jak wszsytko. Instagram nie jest złym narzędziem tylko wykorzytajmy go we właściwy sposób. Każdy znajdzie tu swoje miejsce. A multum wspaniałych kobiet, które można tu poznać to prawdziwy skarb.

Zastanawiam się tylko, gdzie w tym wszystkim jestem ja. Po pierwsze nie mam czasu na misternie stworzone śniadanka i cudownie poukładane obiadki. Po drugie mam za to czas, żeby zadbać o siebie, o dom, o dziecko. Po trzecie pracuję zawodowo, ale funkcjonuję w instagramowym świecie. Po czwarte w żadnym wypadku nie daję sobie prawa do osądzania i pouczania innych, nie cierpię tego. Po piąte ciąża nie sprawiła nigdy tego, że przestałam być kobietą ani też człowiekiem. Po szóste rzadko kiedy narzekam na swoje dziecko, bo po to je sobie wymarzyłam, żeby sobie z nim radzić. I mogę tak wyliczać w nieskończoność. Najważniejsze jest to, żeby robić po prostu swoje nie zatracając przy tym swoich wartości. Nie wszystko jest na sprzedaż… Do mnie osobiście sceny porodów, rozstępów, blizn czy nawet dzieci zmagających się z jakąś infekcją w szpitalu nie docierają. Nie wyobrażam sobie wtedy mieć w ręku aparat i robić zdjęcia. Serce by mi na to nie pozwoliło. Jeśli chcemy się tym podzielić ze światem można to zrobić nieco subtelniej. Ale rozumiem i szanuję fakt, że dla ludzkości takie zdjęcia mogą znaczyć wiele. I zapewne dla wielu z Was takie zdjęcia są naprawdę potrzebne i pożądane. Takie jest tylko i wyłącznie moje zdanie. Może właśnie dlatego, że nie próbuję być nikim innym niż sobą ani też nie szukam na siłę akceptacji, mam wśród Was szerokie grono czytelniczek. A może dlatego, że akceptuję siebie i swoją rodzinę w pełni, akceptujecie mnie również i Wy. Choć część z Was zapewne mnie nie cierpi. I bardzo dobrze. Ja nie jestem zupą pomidorową, którą wszyscy powinni lubić.

19 komentarzy

  1. Swietny wpis! Mam dwójke dzieciaków 8-letniego synka i 4-letnią córke do tego jestem młodą Mamą (mam 26lat) ☺ alee jakby to powiedziec na szczescie w moim zyciu sie ułożyło wszystko dobrze , mam wspanialego meza i zazwyczaj gdy przyznaje sie ze mam tyle.lat ile mam większość nie dowierza , mówią że bije ode mnie mądrość życiowa 😀 , ale do czego dąże. Właśnie poniekąd do Twojego teksu. Większość moich koleżanek właśnie dopiero teraz zostaje Mamami i no szlak mnie trafia kiedy mówią mi że np coś zrobiłam nie tak i mają się za specjalistki w „dziedzinie bycia Mamą” , staram się nikogo nie pouczać, jeśli proszą o rade ,okey mogę pomóc , ale sama z siebie rzadko. Niestety teraz często spotykam się z „przemądrzaniem” Mamusiek no ale cóż. Przepraszam że się tak rozpisałam 😀 uwielbiam czytać Twój blog. Gorąco Was pozdrawiam i już teraz życze pięknych, miłych, rodzinnych i radosnych Świąt! 😉😚

  2. A mnie niektóre instamatki wkurzają za nieszczerość, że takie one idealne, cały dom wysprzataly, dziecku pyszny i zdrowy obiadek ugotowały , poćwiczyły i pomalowały się. A ja się pytam – kiedy? One poprostu nie przyznają się, że mieszkają z rodzicami , którzy im bardzo pomagają.

    1. Eee tam bez przesady. My mieszkamy sami w swoim mieszkaniu i wcale nie mam przeświadczenia takiego, że w domu mam brudno czy obiad nie jest ugotowany. A czas, żeby się pomalować i poćwiczyć również mam. Tak jak pisałam w poście, dla mnie to nie kwestia czasu tylko organizacji.

  3. Gosiu, pięknie napisane. Chyba internet potrzebował właśnie czegoś takiego. Sama jestem matką dwójki uroczych Szkrabów z równo roczną różnicą wieku. Jest to mega wyzwanie, ale jednak nie mam potrzeby ogłaszać tego całemu światu i mimo, że czasami zwyczajnie mam wszystkiego dość to za chwilę o wszystkim zapominam i cieszę się tym co mam, bo to najpiękniejsze.

  4. A gdzie pracujesz zawodowo? Ja odnoszę wrażenie,że wszystkie instamatki sprzedają swoją prywatność,nie ma dnia bez zdjęcia,wpisu lajkowania a gdzie życie ? 🙂

    1. W mediach. My również dodajemy mnóstwo zdjęć, a to dlatego, że mam je po prostu gdzieś tam w telefonie. Nikt chyba nie robi zdjęć codziennie 🙂

  5. Rewelacyjny wpis!!!!! Instamatki i ich parcie żeby mieć jak najwięcej obserwujących. Chore. Np.zauważyłam że zaczynają mnie obserwować jak ja je również zaczynam obserwować to one po kilku dniach już mnie nie obserwują….masakra!!!! Mega parcie żeby cyferka się zwiększała. Albo pokazywanie że mam najzdolniejsze dziecko ma pół roku i już chce non stop stać a na filmiku widać że dopiero zaczyna pełzać. Nie wiem co sie dzieję na tym świecie 😓 a idę w parku z dzieckiem na spacerze patrze idzie inna mama mijamy się ja uśmiechnięta bo to sama radość z dzidziusiem na spacerku a ona ma taką minę że najchętniej by wszystkich zabiła. Cieszę się że jestem matką i nawet gdy są gorsze dni uśmiech mojego syna wszystko rekompensuje 😊 Miłego wieczoru

  6. Trafiłam tutaj przypadkiem i bardzo się z tego powodu cieszę. Dawno nie przeczytałam tak dojrzałego tekstu. Oby więcej takich. Coś mi się wydaję, że zostanę częstym gościem 🙂

  7. Jak wielu ludzi, tak wiele opinie. Jedni sobie super ułoży życie, a inni mają trochę gorzej. Nic nie dzieje się bez naszej ingerencji. Ja np chce stworzyć mojemu synkowi cudowne życie, albo chodzisz namiastkę łatwiejszego niż ja miałam. Fakt trafiają się sprawy, których przeskoczyć się albo nie da, albo nie ma się na tyle siły. Organizacja, organizacja jak ma się na to warunki, osoby które wspierają i są przy nas. Nie zawsze niestety tak jest. Kłopoty, gonią kłopoty. Poprostu każdy przejdzie życie tak jak najbardziej potrafi. Wpis trafiony. Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest