Kochać, ale jak bardzo…

Kiedy tak naprawdę powinno się odciąć pępowinę, która łączy matkę z dzieckiem?

Dawno nie napisałam tu tekstu prosto od serca. Dawno nie zamieściłam wpisu typowo w moim stylu. Dawno nie udało mi się znaleźć choć chwilki na to, żeby pomyśleć.  Dziś jest ten dzień, kiedy natłok myśli toczy się w mojej głowie i za chwilkę z niej eksploduje. Dziś jest też ten dzień, kiedy jestem w domu totalnie sama, a cisza, która wydobywa się z każdego kąta powoduje, że już tęsknię za hałasem, który paradoksalnie często mnie męczył. Dziś jest też dzień próby, zarówno dla mnie jak i dla mojego syna. Próby miłości, której odzwierciedleniem jest rozstanie.

Nie mam zamiaru pieprzyć durnot na temat tego, że jestem dzielna, że w tym momencie nie płaczę, że jest mi łatwo. Żadnej z nas nie jest łatwo rozstać się ze swoim maluchem na dłuższy czas, a to pierwsze rozstanie cholernie boli. W głowie pojawia się milion pytań, czy ja na pewno dobrze robię, czy mój synek sobie poradzi, czy jest aktualnie szczęśliwy, czy znajduje się pod dobrą opieką?

Wiem jednak, że przychodzi taki moment, kiedy trzeba podjąć poważne decyzje. Zastanawiam się tylko, który moment jest najwłaściwszy, aby choć w części odciąć pępowinę, która łączy matkę z dzieckiem? Jestem tym typem matki, która w całości oddała się swojemu synkowi. Każdą sekundę swojego dnia wykorzystuję na to, żeby był on szczęśliwy. Właściwie to cały mój świat podporządkowany jest jemu. Gdzie są zatem granice pomiędzy byciem dobrą, troskliwą i kochającą mamą, a kobietą, której miłość do dziecka zaślepia realny obraz świata? Mój mąż często zwraca mi uwagę na to, że jestem nadopiekuńcza, do wszystkiego podchodzę emocjonalnie, skupiam za dużo uwagi na swoim synku. I po części ma rację. Mój syn to już duży i samodzielny chłopczyk, który wspaniale się rozwija i jest ciekawy świata. A ja chciałabym, żeby wciąż był malutkim bobaskiem, którego będę tuliła i całowała dniami i nocami.

Myślę sobie, że miłość do dziecka, podobnie jak każda inna, powinna być po prostu zdrowa i dojrzała. Miłość podcinająca skrzydła i ograniczająca w działaniu to nie miłość. Nie chcę być mamą, która będzie na tyle ślepa, że nie zauważy potrzeb i pragnień mojego dziecka.

Obecnie wiem, że Natan potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi. Widzę, jak lgnie do nich na każdym kroku. Jestem przekonana też, że żadna mama, babcia czy ciocia nie nauczy dziecka tyle co inne dzieci. Chcę, aby się rozwijał i nabywał nowe umiejętności. Jest mi ciężko dlatego, że przez ostatnie prawie już 2 lata miałam go codziennie tylko i wyłącznie dla siebie. Wszystko robiliśmy razem. Najwyższa moim zdaniem pora już na to, aby rozpoczął się w naszym życiu nowy etap.  Chcę traktować swoje dziecko jako rozumnego człowieka, który będzie nabywał nowe doświadczenia. Bo taki właśnie jest. To mądry i rozsądny chłopczyk, który już prawie wszystko rozumie.

Wiecie dlaczego ta decyzja była dla mnie tak ważna i taka trudna? Dlatego, że nie chciałam powielać wzorców swojej mamy. Moja mama, choć jest cudowną i wspaniałą kobietą, nigdy nie potrafiła przeciąć pępowiny, jaka łączyła ją ze mną. Do momentu pójścia do zerówki wychowywała mnie w domu, rezygnując z pracy zawodowej. Wtedy zapewne mi to nie przeszkadzało, a wręcz podobało się, że ukochana mama jest na każde zawołanie. Przez całe jednak życie słyszałam jedno zdanie – Gosiu, ja nie poszłam do pracy, bo zajmowałam się Tobą. Nie było ono nacechowane zbyt pozytywną treścią. Teraz rozumiem, że kobieta potrzebuje samorealizacji i samospełnienia. Kobieta, która ma przeświadczenie, że coś w życiu poświęciła, nigdy do końca nie będzie szczęśliwa. Zawsze powtarzałam, że szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko. I mam wrażenie, że moja mama jest teraz ze mnie bardzo dumna, dlatego, że zrobiłam coś, czego ona nigdy nie potrafiła. Ostatnio opowiadała mi jak bardzo zazdrościła innym mamom, które chodzą rano do pracy, odbierają z przedszkola swoje maluchy, bawią się później z nimi i cieszą się z tego czasu, który mają dla siebie. Mówiła, że patrzyła się na inne dzieci w moim wieku, które już dużo więcej niż ja umiały, były bardziej samodzielne i pełne życia. Nie da się trzymać dziecka pod kloszem. Moim zdaniem nie powinno się. Wiem na swoim przykładzie, że nie jest to dobre. Dlatego z bólem serca rozstaliśmy się dziś z Natankiem, a ja siedzę i popijam gorącą kawę. Nie mogę się doczekać jego powrotu i tego, jak go mocno przytulę. Ale wiecie co? Mam wrażenie, że nauczę się dzięki temu efektywniej wykorzystywać czas, który mamy dla siebie.

Ps. Przed chwilą zadzwonił Paweł. Natan świetnie się bawi z dziećmi i przytula zieloną żabkę. Nie płacze. Nie chciał wracać do domu. Niejedna już osoba mówiła mi, że rozstanie znacznie bardziej przeżywa mama niż dziecko. I wiecie co? Święte i prawdziwe słowa.

Jestem bardzo ciekawa, jakie były pierwsze dni w żłobkach czy przedszkolach Waszych maluszków? Pocieszcie mnie jakoś, bo matka wymięka. A przecież muszę być silna i dzielna dla niego. Bo on jest…

5 komentarzy

  1. Zgadzam się z tekstem w większości, dziecko w tym wieku zaczyna potrzebować towarzystwa innych dzieci, a mama w każdym wieku potrzebuje pomyśleć o sobie 😉 Jednak nie zgadzam się ze stwierdzeniem, że dziecko nauczy się więcej od innych dzieci niż od dorosłych. Dzieci uczą się od dorosłych! A jeśli naśladują zachowanie innych dzieci to powielają zachowania, które te przejęły od dorosłych z ich życia właśnie.. Takie moje przemyslenie, i nie tylko moje bo nawet jakieś naukowcem udowodniły, że dzieci uczą się dorosłości od.. dorosłych 😉 Dużo sił dla mamy, szybko się przestawisz😘

    1. Pani Olu jestem pedagogiem i psychologiem z wieloletnim stażem i niestety nie mogę się z Panią zgodzić. Jeśli już o teoriach mowa, dziecko (człowiek) jest osobnikiem stadnym i jest to prawda, że chłonie więcej od grupy niż od pojedynczych jednostek. W mojej pracy wielokrotnie zaobserwowałam, że dzieci uczą się od innych dzieci właśnie poprzez naśladownictwo zachowań, których odziwo wcześniej nie mieli zaszczepionych przez dorosłych. Także jeśli już rozstrząsać kwestię od kogo się więcej uczą – bez wątpienia uczą się od innych dzieci, co oczywiście nie zmienia faktu, iż od dorosłych przejmują rzecz jasna wzorce zachowań. Pozdrawiam obie Panie serdecznie! A mamusi wytrwałości! Niejedną już mamę płaczącą widziałam, a po kilku tygodniach stwierdzała, że to super decyzja!

  2. Gosiu, doskonale rozumiem to co przezywasz. Jeszcze niedawno ja, mama dwójki Urwisów, zaprowadzałam ich pierwszy raz do przedszkola patrząc, jak z uśmiechem na buzi pędzą do innych dzieci. Z trudem powstrzymywałam napływające łzy, a minuty bez nich były wiecznością. Teraz wiem, że była to najlepsza decyzja, którą w życiu podjęłam. Ciesz się ciszą póki możesz

  3. U nas niestety przedszkole sie nie sprawdziło. O ile syn w pierwszym tygodniu chodził do przedszkola tak w 2 tygodniu trzymał sie nogi i powtarzal ”z mamom”. Jak tylko była proba wyjscia strasznie płakał. Więc nie miałam serca go oddawać na siłe. Także bardzo zazdroszcze 🙂 Pozdrawiam

  4. Gosiu. Jesteś wspaniałą i przede wszystkim mądrą mamą 🙂 Ja ze swoim maluchem który obecnie ma 18 miesięcy musiałam rozstać się gdy miał 2 tygodnie. Powód? Wróciłam do szkoły. Maluch został w domu z tatą i babcią. To chyba najgorszy okres w moim życiu, teściowa patrzy na mnie ze skrzywiona miną, bo nie latam za młodym z pieluszka, i kubeczkiem gdyby na wszelki wypadek mu się pić zachciało tak jak robiła to ona. W efekcie mam samodzielnego półtora rocznika, który cieszy się za każdym razem gdy wracam do domu. Samorealizacja jest czymś z czego wiele kobiet rezygnuje. Szczególnie tych bardzo młodych :(. Pozdrawiam cieplutko, uwielbiamy Twojego Natanka :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Pin It on Pinterest